Al-Haikim, podobnie jak jego koledzy oficerowie, nie miał pojęcia o celu spotkania. Z tego, co wiedział, nie mogło to mieć nic wspólnego z kłopotami, jakie pojawiły się ostatnio w południowo-wschodnich prowincjach. Zostały one zażegnane kilka tygodni temu i w żadnych mediach nie było informacji o nowych zamieszkach. Czegoś takiego nie udałoby się. utrzymać w tajemnicy.
Może generał chciał im pogratulować szybkiego rozwiązania problemu, a może wydarzyło się coś nowego. Al-Haikim miał nadzieję, że nie. Nie lubił strzelać do swoich pobratymców. Oczywiście ci przeklęci, bezczelni południowcy myśleli, że są lepsi od wszystkich innych, tylko dlatego, że ich antenaci pierwsi zasiedlili planetę, ale to nie dawało im prawa do...
Opanował się. Myślał jak przeciętny mieszczuch, a nie jak ktoś, kogo przodkowie cierpieli pod mackami Ampliturów na Kossuucie. Takie myślenie było niestosowne dla kogoś z Kadry.
Przyjrzał się pozostałym oficerom, którzy stali, siedzieli, lub leżeli rozwaleni w wygodnym pokoju, rozmawiając i żartując. Wielu czekała w przyszłym miesiącu demobilizacja. Nawet teraz, tyle lat po zakończeniu Wielkiej Wojny armia w dalszym ciągu nieubłaganie się kurczyła. Al-Haikim ciężko pracował, by pozostać w wojsku, dzięki temu otrzymał też swą niedawną promocję. Ważne było, aby Kadra była licznie reprezentowana w pozostałych siłach zbrojnych, choćby po to, by przeciwdziałać potajemnemu wtrącaniu się S'vanów w ludzkie sprawy.
Uśmiechnął się do siebie. Podczas, gdy nieświadomi niczego S'vanowie manipulowali Ziemianami, Kadra manipulowała S'vanami. Do tej pory wychodzili na remis.
Chociaż wszyscy, z wyjątkiem dwóch, przewyższali go rangą, większość z nich znał osobiście. Stanowili znaczną część generalskiego sztabu na Dakkarze. W czasie wojny byli rozrzuceni na wielkim obszarze galaktyki. Gdy na Dakkarze zaczęły się kłopoty, ściągnięto ich tutaj. Ta kolonia była wyjątkowo krnąbrna, wylęgarnia innowacji, jak również socjologiczny przykład dla innych światów Ziemian. To było dobre miejsce, by zauważyć nowe trendy, zarówno te złe, jak i dobre. Pełniąc obowiązki speca od komunikacji, dwukrotnie, ale przelotnie spotkał generała Levaughn'a. Nie można było wyrobić sobie o kimś opinii na podstawie tak krótkotrwałych kontaktów, zaś generał nie miał zwyczaju zwierzać się swoim porucznikom, ani prosić ich o radę. Wszystko, co Al-Haikim wiedział o swoim względnie młodym dowódcy, to to, że jego kariera była błyskotliwa. Le-vaughn był sławny jako oddany żołnierz i nieugięty wojownik. Krążyły plotki, że dzięki osobistemu udziałowi w negocjacjach pomógł rozwiązać kilka zajadłych, południowo-wschodnich konfliktów.
Wejście Levaughn'a przerwało te rozmyślania. Generał podniósł rękę w geście powitania. Ci, co najlepiej go znali, odpowiedzieli mu. Jako, że nikt z obecnych nie nosił munduru, nie było potrzeby zachowywać sztywnego, wojskowego drylu.
Pułkownik wstał i coś zrobił ze ściennym panelem. Na okna i wejście opuściły się osłony. Paru oficerów skwitowało te zabezpieczenia cichym pomrukiem, ale nikt ich nie zakwestionował. Z pewnością wszystko, a zwłaszcza te szczególne środki ostrożności, zostaną wyjaśnione. Al-Haikimowi skojarzyło się to z powrotem do warunków wojennych. Byłby jeszcze bardziej zaskoczony, gdyby mógł widzieć uzbrojonych wartowników, którzy z ponurymi twarzami zajmowali pozycje na zewnątrz pokoju.
Levaughn stanął przed półką, która, co zaskakujące, pełna była książek, prawdziwych książek, zrobionych z kartonu, kleju i papieru. Pochodzący z Dakkaru generał wywodził się z bogatej rodziny. To mu bardzo pomogło w stosunkach z niesfornymi południowcami.
Teraz stał w milczeniu, przyglądając się starannie wyselekcjonowanemu audytorium. Był niski i bardziej krępy od Al-Haikima i wielu innych. Włosy miał krótko ostrzyżone w starym militarnym stylu, a po obu stronach głowy, wygolony emblemat swojej rangi. Jego duże, czarne i przenikliwe oczy tworzyły oprawę dla nosa, który wielokrotnie był złamany w walkach. Poniżej znajdował się miękki, zaokrąglony podbródek i zniewieściałe usta. Wielkie uszy przylegały do czaszki, jakby chciały się skryć pośród włosów.
Wojskowa kariera Levaughna przypominała przelot meteorytu. Człowiek, który niedawno dowodził połową sił inwazyjnych, teraz nadzorował demobilizację oddziałów na swojej planecie, jednocześnie próbując uporać się z serią niewielkich, choć krwawych rozruchów. Od zakończenia wojny mieszkańcy dakkariańskich miast, uciekali się często do przemocy w starym stylu, by załatwiać lokalne sprzeczki.. .
- Panie i panowie, siadajcie.
Levaughn uśmiechnął się do nich, pokazując regenerowane zęby.
Gdy już się usadowili, kontynuował:
- Zanim przejdziemy do sprawy, chciałbym wam pogratulować osiągnięć kilku ostatnich miesięcy. Na południowym wschodzie panuje niemal całkowity pokój, którego ten region nie znał od jakiegoś czasu. Słyszałem, że ludzie od edukacji pracują tam w nadgodzinach, by się upewnić, że to się znowu nie wymknie z rąk. Może nie powiodło nam się tak dobrze, jak naszym kolegom na innych światach, ale to przecież jest Dakkar. - Kilka potwierdzających uśmiechów i parsknięć skwitowało tę rozsądną uwagę. - Czasami wydaje mi się, że łatwiej jest prowadzić wojnę, niż pokój.
Więcej chichotów, przerwanych kilku po cichu wypowiedzianymi sprośnościami. Al-Haikim automatycznie zapisał to w pamięci do późniejszego użytku.
- Może niektórzy z was zauważyli, że demobilizacja nie zawsze przebiega gładko. Ciężko jest, gdy ty i twoi rodzice i twoi dziadkowie poświęcili swoje życie walce dla wielkiej sprawy i nagle ta sprawa znika. Nie jest łatwo się przestawić. - Uśmiechnął się współczująco. - Mnie też ciężko idzie. Trudno jest stanąć przed frontem jednostek, które zdobyły sławę w ciężkich bojach i powiedzieć im, że jutro ludzie muszą się nauczyć jak być statystykami, rolnikami, czy pracownikami przy taśmie montażowej. Nie wiem jak wy, ale ja nie potrafię tego zrobić bez poczucia jakiejś straty. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, gdyby nie sporadyczne kłopoty, które tu i tam wyskakują, było by zupełnie dobrze.
Odpowiedział mu zdecydowany, choć nie powszechny pomruk uznania.
- My tutaj mamy dobrze. Jesteśmy ciągle razem i robimy to, do czego jesteśmy przeszkoleni. Wykonujemy to, co potrafimy najlepiej. - W jego głos wkradł się żal. - Szkoda, że to nie może trwać dłużej. W końcu mamy teraz pokój.
Zaczął się przechadzać wzdłuż półki, a jego kroki były równie miarowe i spokojne, jak jego mowa.
- Zawsze się zastanawiałem, żołnierze, co ten pokój nam daje. Co my, jako walczący Ziemianie z tego mamy?
- Nieobecność śmierci, sir - odezwał się spostrzegawczy major z odległego kąta pokoju.
Levaughn przytaknął.
- Nie mogę temu zaprzeczyć. Co jeszcze? - Nie było innych komentarzy. - A przyjaźń z Gromadą? Tyle, że nigdy nie zaproponowano nam członkostwa w tej czcigodnej organizacji szanownych pacyfistów. Korzyści ekonomiczne? Do diabła, Hivistahmowie i O'o'yanowie są lepszymi od nas inżynierami, Waisowie - lepszymi artystami, Massudzi - bardziej zdyscyplinowanymi robotnikami, S'vanowie - sprytniejszymi wynalazcami, a Motarowie i Sspari - zręczniejszymi hodowcami. I gdzie tu jest miejsce dla nas? A co się stanie, gdy nasi byli wrogowie całkiem się zdemilitaryzują? Nikt nie buduje lepiej od tych przeklętych owadziookich Krygolitów. Wygląda na to, że cokolwiek potrafimy robić, jakaś inna rasa robi to lepiej. Oczywiście, ciągle pozostajemy najlepszymi żołnierzami galaktyki, jej najtwardszymi rycerzami. Nawet nasi byli wrogowie to przyznają. Ale chciałbym wam zadać pytanie, panie i panowie. Co, do kurwy nędzy, dobrego dla nas z tego teraz wynika?
Zgromadzeni w pomieszczeniu poruszyli się niepewnie. Al-Haikim udawał, że w tym wszystkim partycypuje, ale jego uwaga skupiona była na rejestrowaniu reakcji obecnych. Było już jasne, że to zebranie było czymś więcej, niż tylko zwykłym spotkaniem towarzyskim.
Levaughn pozwolił im się spierać, kłócić, wreszcie, uspokoić, zanim uniósł ręce, prosząc o ciszę. Cała ich uwaga skupiła się na nim. Nikt się nie śmiał.
- Niektórych z was znam od chwili, gdy zaczęliście swoją karierę, od brygadiera Highama, wskazał przytakującego, starszego mężczyzną, siedzącego na wyściełanym krześle, do niektórych młodszych oficerów. - Al-Haikim był zadowolony, że generał nie spojrzał w jego kierunku. - Wy zaś znacie mnie. Nie jestem dyplomatą i marnie mi idzie planowanie. Walić prosto z mostu, nie kręcić, takie jest moje motto od kiedy zostałem szeregowcem. Dobrze mi się przysłużyło. Ciągle tu jestem, ciągle w jednym, oryginalnym kawałku. - Szeroko otworzył usta. - Z wyjątkiem tych ceramicznych siekaczy.
Kilka osób roześmiało się wbrew sobie.
Levaughn zniżył głos:
- O'o'yanovie je produkują. - Śmiech zamilkł.
- Wojna jest skończona. My tego dokonaliśmy. My Ziemianie. Pewnie, mieliśmy mnóstwo technicznej pomocy od Gromady, również Massudzi brali udział w walkach, ale to my spowodowaliśmy odwrócenie się losów wojny. Nikt nam tego nie zabierze. Ale problem polega na tym, że oni nam nic nie chcą dać w zamian. Co się z nami stanie teraz, gdy usługi, które najlepiej wykonujemy nie są dłużej potrzebne?
Odezwał się ktoś z końca pokoju:
- Słyszałem, że Mazvekowie już wystąpili z petycją o przyjęcie do Gromady!
Zebrani zareagowali szmerem zaskoczenia. Levaughn pokiwał głową:
- Były wróg. Stłukliśmy go na kwaśne jabłko na Ietant, Three i Korschuuk. A teraz ich przyjmą do Gromady, a my ciągle stoimy na boku z głupią miną, jak brzydule, siejące pietruszkę, czakające aż ktoś zaprosi je do tańca. - Oparł pięści na biodrach i spoglądał na nich wyczekująco. - Oczywiście trzeba założyć, że za pół wieku Gromada jeszcze będzie mogła kogokolwiek do czegoś zaprosić. Bez Celu, przeciw któremu można się zjednoczyć, cały ten system może się rozsypać. Już zaczął się kruszyć. Wiecie, co to oznacza? Bez silnych, tradycyjnych, międzyplanetarnych aliansów, jak na przykład ten, który istnieje pomiędzy Hivistahmami i O'o'yanami, każdy zajęty przez Ziemian świat natychmiast stanie się martwym galaktycznym zaułkiem. My nie będziemy mieli nic, czego oni by chcieli, a oni nie będą się musieli dłużej zmuszać, by mieć z nami do czynienia. Ładne podziękowanie za kilkaset lat krwi i poświęceń. Nie, nie będzie żadnej anarchii. Oni są na to za bardzo cywilizowani. Po prostu, na skutek odległości, dzielących poszczególne światy, wszystko się bardzo rozluźni. A my będziemy bezwładnie pływać po obrzeżu. Ziemianie nie będą członkami galaktycznego imperium, jak to kiedyś pisali niektórzy dziennikarze. Imperium, do diabła! Nie będziemy odgrywać nawet najmniejszej roli! Znów będziemy ignorowani! Może istnieje gorszy los, ale nie jestem o tym przekonany. Och, rodzaj ludzki da sobie radę. Będziemy mieli swoje własne stowarzyszenie światów, którego centrum będzie stara, dobra Ziemia. Zakładając, że uda nam się powstrzymać od samozagłady. Aktualne kłopoty są pierwszą jej oznaką. Psychosocjologiczne upiory z naszej klaustrofobicznej przeszłości na pojedynczym globie.
W międzyczasie reszta galaktyki znów zacznie traktować nas z pogardą, czego zawsze pragnęli.
Teraz już energicznie gestykulował. Po raz pierwszy Al-Haikim zdał sobie sprawę z tego, jak zostali rozdarci, pokiereszowani i ponownie skleceni w trakcie tej regeneracyjnej operacji.
- Jak już pewnie zgadliście, dużo myślałem o powojennej przyszłości rodzaju ludzkiego. Prawdę powiedziawszy, rozmyślam o tym od chwili Wielkiej Kapitulacji na Ail i Eil. Obserwuję, notuję i nie podoba mi się to, co widzę. Mogę wam również powiedzieć, że ja, osobiście pomógłszy pokonać Ampliturów i ich sprzymierzeńców, nie jestem skłonny pasywnie pogodzić się z taką przyszłością.
Z zaciśniętymi szczękami wygrażał pięścią.
- To my zniszczyliśmy Cel! My wy walczyliśmy zwycięstwo! A teraz oczekuje się od nas, że potulnie wyrzekniemy się go i bez protestów usuniemy się w nicość.
Gdy skończył, w pokoju zapadła martwa cisza. Ostateczny protest przeciw zmieniającym się czasom, pomyślał z niepokojem Al-Haikim. Ostatnia polemika z ulegającym przemianom porządkiem rzeczy. Czy też chodzi jeszcze o coś innego?
Wstał zamyślony pułkownik Otumbo. Znał on Levaughna dłużej, niż Higham.
- Przypuszczam, że masz coś na myśli, Nicholas. Dyktaturę wojskową?
Kilka nerwowych chichotów powitało to cyniczne pytanie, a na twarz generała powrócił uśmiech.
- Ty zawsze miałeś ciągoty do melodramatu, Rashidi. Nawet w trakcie walki. - Lekki grymas wykrzywił twarz pułkownika, - Nie, nie myślę o niczym takim. Pomimo małego wzrostu, nie jestem potencjalnym Napoleonem, czy MacArthurem. - Tym razem śmiechy były swobodniejsze. - Nie mam ochoty rządzić żadnym imperium, ani przy pomocy wojska, ani w jakikolwiek inny sposób. Ja chcę tylko dopilnować, aby rodzaj ludzki otrzymał to, na co zasłużył, za to, co zrobił dla wszystkich ras Gromady.
Miał ich teraz, Al-Haikim to widział. Przynajmniej większość z nich. Oczywiście kobiety i mężczyźni w sali byli starannie dobrani, przypuszczalnie dlatego, że Levaughn, albo ktoś inny myślał, że właśnie ci ludzie będą bardziej podatni na jego słowa. Al-Haikim zastanawiał się co takiego zrobił, że został zakwalifikowany. Najpierw wyjaśnienie, potem atak, a potem zaprzeczenie. Bardzo efektywna technika, którą Levaughn przekonywująco stosował.
- Gromada była skuteczną organizacją przez ponad tysiąc lat - mówił generał. - A na przykład ja nie lubię chaosu. Myślę, że Gromada powinna być zachowana. Jeśli to konieczne, nawet wbrew sobie. Sądzę, że to może być zrobione i wydaje mi się, że możemy w tym pomóc. Myślę również, że powinniśmy otrzymać sprawiedliwe i należne nam miejsce w ostatecznej strukturze. Nie tylko my, ale i Mazvekowie, Treturianie i wszyscy pozostali, którzy byli sprzymierzeni z Ampliturami. Do diabła, to nawet biedni, przygłupi Leparowie zasługują na pełne członkostwo, a my nie?
Tym razem zgodny chór ledwo mógł zapanować nad emocjami. Levaughn kiwał z satysfakcją głową.
- Jak tego wszystkiego możemy dokonać, generale? - spytała jakaś kobieta.
Levaughn spojrzał na nią.
- Jestem tylko zwykłym żołnierzem. Zaczynałem z polowym pancerzem i zapasem amunicji i zdobywałem kolejne stopnie hierarchii, razem z doświadczeniem. Z pewnością nie jestem filozofem. Mogę dawać rozkazy, ale nie jestem wynalazcą.
- A ma pan S'vana pod ręką? - ktoś zażartował, wzbudzając kilka bezładnych chichotów.
- Nie. Nie sądzę, żeby jakiś S'van życzliwie patrzył na jakiekolwiek próby podtrzymywania przy życiu Gromady ziemiańskimi metodami. Ale jest tu mój gość, reprezentujący szkołę myśli, która jest równa naszej, jeśli chodzi o wprowadzanie w życie prognoz. Bez względu na waszą wstępną reakcję, albo osobiste odczucia, proszę, byście poświęcili mu całkowitą uwagę. - Wzruszył ramionami. - Później każdy może zdecydować, jakie jest jego stanowisko w tej sprawie.
Obrócił się w prawo. Gdy otworzyły się drzwi prowadzące do następnego pokoju, ludzie pochylili się z ciekawością. Choć Al-Haikim z początku nic nie widział, słyszał okrzyki zdziwienia tych, którzy widzieli. Po chwili sam zobaczył o co chodzi, gdy gość Levaughna wszedł, a raczej wpełzł w pole widzenia.
Stwór obrócił się frontem do nich i znieruchomiał, z mackami formalnie zwiniętymi przy twarzy. Zmrużone złoto-czarne oczy kołysały się niezależnie na czubkach krótkich szypułek, przyglądając się zahipnotyzowanej widowni, złożonej z jego byłych nieprzyjaciół. Srebrzyste plamy wykwitały i kontrastowały na pomarańczowej skórze, gdy chromofory reagowały na zmieniające się emocje. Pojemniki-worki wisiały tuż za szypułkami, w dogodnym zasięgu elastycznych macek. Dziwnej konstrukcji translator zwisał poniżej wklęsłych ust. Amplitur nie nosił nic, co można by uznać za odzież.
W sali nie było nic odpowiedniego, by stwór mógł usiąść, czy spocząć, więc stał. Patrząc na tę istotę trudno było zrozumieć, jak cztery podobne do pniaków nogi mogły wspierać to wielkie, obwisłe cielsko. Ci, co posiadali jakąś wiedzę na temat dawnego wroga wiedzieli, że czułby się lepiej w płytkim basenie, wypełnionym solanką.
Gdy przemówił, lata treningu sprawiły, że wielu z obecnych przeżyło chwilę napięcia, choć wiedzieli, że nie mógł wpłynąć na ich umysł tak, jak wpływał na inne gatunki Gromady. Jednak fakty nie potrafiły całkowicie odegnać starych obaw.
Rogowe części ust wydawały zgrzytliwe, cmoktające dźwięki, które translator z trudem przetwarzał na zrozumiały dla Ziemian język.
- Ofiarowuję wam wszystkim pozdrowienia i życzenia dobrego zdrowia. Jestem Cast-creative-Seeking, który jest wdzięczny, za to, że może dziś przebywać w waszym towarzystwie. Wybaczcie mi, jeśli będę musiał nagle was opuścić. Powietrze tu jest dla mnie za suche i za zimne. Przez chwilę mogę to znosić dla dobra wzajemnej komunikacji.
- Możemy podkręcić ogrzewanie - ktoś zaoferował - i zwędzić gdzieś konewkę.
Ci, którzy siedzieli obok oficera, który się odezwał, roześmieli się.
- Ludzki humor - beznamiętnie zauważył Amplitur. - Cecha, którą nie całkiem pojmujemy. Czasem czujemy się czegoś pozbawieni.
Al-Haikim pogłaskał wąsa, co było nerwowym nawykiem. Oto prastary wróg zwraca się do nich w nonszalancki sposób, jak drugorzędny artysta rozrywkowy. Bez względu na to, jak bardzo stwór i Levaughn starali się ich uspokoić, Al-Haikim odruchowo poszukiwał najlepszego sposobu ucieczki, albo ataku. Próbował zmusić się do odprężenia, powtarzając sobie bezustannie, że nie ma żadnego zagrożenia. Tylko część jego świadomości gotowa była to zaakceptować.
Cóż, do diabła, ta kreatura robiła na Dakkarze, na dodatek jako gość Levaughna?
Stopniowo, obawa zastąpiona została ciekawością. To było nieuniknione. Ten Amplitur był, dla większości zgromadzonych, pierwszym przedstawicielem rasy, którego widzieli w naturze. Pragnienie, by słuchać i poznawać było nieodparte. Al-Haikim był nie mniej podatny, niż każda inna osoba w pokoju.
Powiedział sobie, że Amplitur nie jest w stanie grzebać w jego mózgu, ponieważ jest Ziemianinem. Stwór nie był uzbrojony, chrypiał zapewnienia o przyjaźni i Levaughn z pewnością dokładnie go sprawdził, zanim przyjął do swego domu na Dakkarze. Bez Krygolitów, albo Mazveków, czy innej uzbrojonej eskorty, którą można było manipulować, był on praktycznie bezradny.
Mimo to, i pomimo faktu, że wojna skończyła się lata temu, nie wszyscy obecni potrafili być aż tak wyrozumiali. Oczywista złość kazała wystąpić jednemu z oficerów:
- Co to tu robi, generale? Gdybym chciał oglądać biologiczne ciekawostki, poszedłbym do zoo. Co to ma z nami wspólnego?
Levaughn nie obraził się.
- Może nic. Wszystko, co musicie teraz wiedzieć to to, że Cast-creative-Seeking jest moim gościem. Porozumiewamy się, wymieniamy pomysły i opinie już od dłuższego czasu. Do tej pory nasza znajomość była całkowicie prywatna. - Jego oczy zwęziły się lekko, gdy przyglądał się swoim gościom. - Chciałbym prosić, by wiedza o tym spotkaniu i jego wynikach nie wyszła poza ten pokój. - Levaughn był grzeczny, ale stanowczy.
- Niedawno doszedłem do wniosku, że nasz dialog zasługuje na większe audytorium. Ciekawe, czy się ze mną zgodzicie. Część tego usłyszeliście już ode mnie.
Inny pułkownik odezwał się z wahaniem:
- Generale, czy rozmawiamy tu o jakimś przymierzu między nami, a Ampliturami?
- A jak - twoim zdaniem - taka wiadomość zostałaby przyjęta? - odpowiedział Levaughn - pozostali członkowie Gromady nie znieśliby tego... co nie znaczy, że mogliby temu jakoś zapobiec - dodał ponuro.
- Cast-creative-Seeking i jego współbracia po prostu poszukują wspólnego języka z byłymi przeciwnikami, abyśmy się lepiej zrozumieli i współżyli pokojowo. Nie ma w tym nic dziwnego.
Macki się rozwinęły i Amplitur ponownie się do nich zwrócił, gestykulując nimi:
- Przez długi czas wasz i mój gatunek były sobie wrogie. Mocno wierzymy, że było to spowodowane ignorancją z obu stron, pożałowania godny stan. Jak wiecie, my, Ampliturowie czujemy odrazę do przemocy, ponieważ uniemożliwia ona dobrym umysłom uczestniczenie w Celu.
- Jakoś nie czuliście tej odrazy, gdy zaatakowaliście Ziemię - wypalił ktoś oskarżycielsko. Pozostali wyrazili swe poparcie pomrukami.
Obcy nie był zaniepokojony tym wyrzutem.
- To było bardzo dawno temu. W tamtym czasie uważaliśmy, że to właśnie musi być zrobione. Ogarnęła nas panika z powodu efektywności pierwszych Ziemian - żołnierzy, których zwerbowała Gromada. Jak wykazały późniejsze wydarzenia, nasza panika była uzasadniona. - Ku zdziwieniu zgromadzonych, wywołało to wyrozumiałe uśmiechy u wielu z nich. - Odpowiedzieliśmy zgodnie z dyrektywami, sformułowanymi przez nasze najlepsze umysły, działające w zgodzie z wytycznymi Celu. Zresztą, cóż to jest Cel? Jestem pewien, że wiecie.
- Tak, wiemy - powiedział jakiś porucznik. - My się z nim tylko nie zgadzamy, to wszystko.
- Nie chciałem was prowokować. To jest zresztą dawny spór, którego oczywiście nie możemy wygrać. My wierzymy w Cel, wy nie. Niech tak będzie. Proszę, uwierzcie mi, gdy mówię, że choć walczyliśmy przeciw sobie, Ampliturowie zawsze odczuwali dla waszego gatunku najgłębszy szacunek. Wy, z waszą szczególną determinacją, jesteście podobni do nas bardziej, niż jakakolwiek inna rasa, którą napotkaliśmy. - Kilku z obecnych chciało zaprotestować, ale Amplitur nie dał im dojść do słowa. - Jesteście jedynym gatunkiem, na który nie mamy umysłowego wpływu, którego nie potrafimy zasugerować za pomocą telepatii. Posiadacie unikalną barierę neurologiczną, z której zupełnie nie zdawaliście sobie sprawy, dopóki nie spotkaliście nas. Co nam to mówi? Że jesteśmy jedynymi gatunkami, których mózgi działają na innej, wyższej płaszczyźnie, aczkolwiek w zasadniczo odmienny sposób. Was nie można zasugerować, a jedynie my potrafimy sugerować.
Al-Haikim wbrew sobie poczuł napięcie, ale Amplitur nie zwrócił na niego specjalnej uwagi. Ciekawiło go, jaka byłaby jego reakcja, gdyby dowiedział się o Kadrze i amplituropodobnych umiejętnościach jej członków.
- Jaką mądrość mogą wyciągnąć z tego bystrzy analitycy?
Nie było odpowiedzi, a Amplitur nie pozwolił, by cisza ciągnęła się zbyt długo. Wysoko zamachał mackami, ich cztery ruchliwe końce wyglądały jak latające robaki.
- Czyż to nie oznacza, że pomimo naszej odmiennej historii i ewolucji, tam, gdzie jest to najważniejsze, możemy mieć ze sobą więcej wspólnego, niż jakiekolwiek inne, inteligentne rasy?
W pokoju rozległy się okrzyki sprzeciwu i oburzenia.
- Jak możesz tak mówić? - ktoś wrzasnął.
- Już wystarczająco długo byliście wystawieni na różne rozmaitości naszej galaktyki, by wiedzieć, że tam, gdzie idzie o prawdziwe podobieństwa między gatunkami, prozaiczny, zewnętrzny wygląd nie liczy się. Czy się wam to podoba, czy nie, to jest starodawny dogmat Celu.
- Nawet jeśli nasze umysły są podobne - powiedział starszawy brygadier Higham - a nie jestem biologiem i nie znam się na tym, to nasze dążenia i ideały są całkowicie przeciwstawne.
- Czyżby? - Amplitur skierował na niego spojrzenie obu oczu. - Przez długi czas również tak myśleliśmy, Gdy po raz pierwszy poprosiliśmy was o przyłączenie się do nas, odmówiliście, jak wiele innych gatunków. Ale to jest waśń z długą historią, której tu nie rozwiążemy. Ważne jest to, że pokonaliście nas, przyznajemy to, a jak wiecie, my nie kłamiemy. Występuję tu tylko jako petent, prosząc, a nie żądając, o waszą rozwagę.
- A więc nie prosisz o jakiś nowy alians?
- Nie. Nie może być mowy o aliansie pomiędzy zwycięzcą, a pobitym, gdyż z definicji nie są oni sobie równi. Natomiast przybyłem tu, by w imieniu mojego rodzaju prosić was, Ziemian, byście przyjęli nas pod swój zarząd.
Levaughn wysunął się do przodu, by rozprawić się z dezorientacją i zamieszaniem, które nastąpiły po nieoczekiwanym oświadczeniu Amplitura.
- Panie i panowie, stoimy na rozdrożach historii. Czy mamy zaakceptować status nie liczącej się rasy, do którego stopniowo zepchnie nas Gromada, czy też wystąpimy i sami sobie zdobędziemy pozycję przywódców, na którą uczciwie zapracowaliśmy? - Oczy mu błyszczały. - Przywołuje nas, Ziemian, nowa era. Dlaczego nie miałaby się rozpocząć tutaj?
Cyniczny porucznik, który zabierał już głos wcześniej, nie wahał się i teraz:
- Mówi pan, generale, o przywództwie. Przywództwie czego: Gromady... czy też Celu?
- Nie rozumiecie. - Amplitur wywijał mackami. - Pozwólcie sobie wytłumaczyć. Od niemowlęctwa wpajano wam nienawiść do Celu. A cóż to jest, ten Cel? Niewiele więcej niż eufemizm dla rozsądnej współpracy pomiędzy inteligencjami.
- Współpracy zdominowanej przez was! - odgryzł się młody oficer.
- My nie dominujemy, my przewodzimy. Ktoś musi przewodzić. Ktoś musi wytyczać kierunek. Bardzo długo robili to Ampliturowie. Teraz stało się jasne, że dłużej tak nie może być. Ale to nas nie martwi. Tylko skończony głupiec odmawia pogodzenia się z rzeczywistością. Przywództwo jest wielkim ciężarem. Może on przygnieść nie tylko silną osobę, ale i całą rasę. Jesteśmy już zmęczeni. Konieczność przekazania odpowiedzialności młodszemu, bardziej żywotnemu gatunkowi nie powoduje u nas rozpaczy.
- Chcecie, żebyśmy my przejęli Cel? Po tym, jak walczyliśmy, by go zniszczyć? - spytał major.
- Nazywajcie go jak chcecie. Możecie mówić o galaktycznej cywilizacji, jeśli sprawia wam to przyjemność. Ktoś musi przejąć przywództwo. Możecie teraz ignorować Cel, jeśli wam to odpowiada. Czas pokaże, że Cel nie zignorował was. Spójrzcie na Gromadę. Dopóki nie pojawili się Ampliturowie, wspólny wróg przeciw któremu trzeba się było zjednoczyć, w najlepszym wypadku była chwiejnym związkiem wzajemnie się podejrzewających gatunków, o niejasnych celach i z niepewną przyszłością. Uczestnicy sojuszu bez końca sprzeczali się i kłócili pomiędzy sobą. To nie jest cywilizacja. Pozostawieni, jak poprzednio, bez lidera, ponownie zdegenerują się do poziomu wzajemnej zjadliwości i zwalczania się, a każdy z gatunków pójdzie własną drogą.
- To wasza opinia - powiedział niepoprawny porucznik. - My nazywamy to niepodległością.
- Ach tak, niepodległość, którą tak się chełpicie. - Amplitur przesunął swe cielsko. - Jest bardzo cienka linia, mój młody oponencie, pomiędzy niepodległością, a anarchią. Połącz razem myślące istoty, a ocalisz cywilizację. A co, jeśli pewnego dnia odkryjemy nowy gatunek, który będzie miał nasze dążenia, ale wasze wsteczne cechy zachowania? Czy nie będzie lepiej zmierzyć się z nimi z pozycji wielkiej i potężnej Gromady, a nie takiej, która szarpana jest i osłabiana tradycyjnymi, wewnętrznymi sporami? Wszechświat jest olbrzymim i niebezpiecznym miejscem, w którym istnienie zbyt wielu "niepodległości" może pewnego dnia okazać się fatalne w skutkach. Posłuchajcie swojego własnego generała! Któż byłby lepszy do przejęcia władzy, niż wasz gatunek? Przecież nie powściągliwi Hivistahmowie, mimo ich organizacyjnych zdolności, nie S'vanowie z całą ich zręczną inteligencją i nie Massudzi, wojownicy, tak jak wy. A więc kto, jeśli nie Ziemianie?
- My tego nie chcemy - powiedział przejęty major. - Pomimo racjonalnego rozumowania, nie zamierzamy walczyć z naszymi sprzymierzeńcami.
- A kto tu mówi o przemocy? Nie ja. Ampliturowie zawsze mówią o pokoju. Czy naprawdę myślicie, że wam stawialiby taki sam opór, jak nam, gdyby ogłoszono, że nasze dwie rasy działają ramię w ramię dla wspólnego dobra? Może tylko Massudzi, a i tak ich opór nie byłby długi. Może O'o'yanowie, Leparowie i cała reszta sprzeciwialiby się samemu pomysłowi, ale nie mogliby opierać się rzeczywistości. Która rozsądna rasa odważyłaby się wydać wojnę Ziemianom, wspomaganym przez Ampliturów? Nie byłoby żadnych walk. Wszystko odbyłoby się na drodze pokojowej i dla większego dobra.
- W porządku. A co w y będziecie z tego mieli? - ostro spytał porucznik.
- My? - Cast-creative-Seeking ponuro spojrzał na mówcę oczyma, których prastara głębia była niezmierzona. - My chcemy uratować współpracę pomiędzy inteligentnymi istotami. Chcemy, by się rozwijała i doskonaliła. Nie nazywajcie tego Celem. Nazwijcie to zdrowym rozsądkiem. Jest w tym wystarczająco dużo satysfakcji. Pamiętajcie, że nie potrafię kłamać i nie mogę wywierać na was żadnego wpływu moim umysłem. Nie będziemy dążyć do dominacji, ani przewodnictwa. Zawsze będziemy przy was oferując pomoc i poradę, podobnie jak ci, których zwano wezyrami i ministrami. Służyli oni kiedyś radą pojedynczym władcom, rządzącym waszą planetą. Będzie to wysoce użyteczna rola dla tak starej, doświadczonej rasy, jak nasza. Lub, jeśli wolicie, nie będziemy robić nic. Wycofamy się na nasze rodzime światy i pozwolimy wam postępować według własnej chęci. Ale jeśli przyjmiecie naszą pomoc, możemy zacząć od zagwarantowania wam współpracy tych wszystkich, którzy byli kiedyś naszymi sojusznikami; Mazveków, Ashreganów, Krygolitów i Treturian, Acarian, Segunian i Korathów, oraz całej reszty. Mogę wam też powiedzieć, że prawdziwe trudności związane z waszym zadaniem staną się widoczne dopiero wtedy, gdy ustanie wszelki opór wywołany waszym wyniesieniem się ponad innych. Obecnie kłócicie się i zwalczacie pomiędzy sobą dlatego, że nie macie żadnego innego ujścia dla waszej energii. Przewodzenie nowej Gromadzie dostarczy wam go. Obecna Gromada jedynie podsyca wasze wewnętrzne swary.
- Gromada nie ma z tym nic wspólnego - sprzeciwił się major.
- Racja. Nawet nie próbują interweniować, by wam pomóc, ponieważ są zadowoleni z tego, że sami się osłabiacie. W ten sposób mogą was łatwiej kontrolować. Oni się was boją, a my nie. Pamiętajcie o tym. Jeśli chodzi o przyjaźń, szacunek jest bardziej przydatny niż strach. Czyż tego nie widzicie? Dorośliście do przywództwa. Nadajecie się do tego zadania. Teraz, gdy my zostaliśmy pobici, wy jesteście jedyną rasą, która jest w stanie utrzymać galaktyczną koalicję wystarczająco blisko, by spełniała swe zadanie, poprzez wymuszenie współpracy pomiędzy wielu krnąbrnymi indywidualnościami.
Idąc na spotkanie do domu Levanghin'a, nikt nie spodziewał się, że będzie musiał zajmować się tak poważnymi sprawami.
- Nie jestem przyzwyczajony do wokalizowania swoich myśli - poinformował swoich słuchaczy Amplitur. - To jest męczące i powiedziałem już dosyć. Ale spróbuję odpowiedzieć na każde pytanie. Ciągle pamiętajcie o tym, że nie potrafię kłamać.
- Czy naprawdę nie macie innych zamiarów, prócz tego, by działać jako nasi doradcy? - spytał jeden z podpułkowników.
- Nic ponadto. Najbardziej zależy nam na stabilizacji.
- Ale to nie jest wasz Cel, to łączenie inteligencji, o czym zawsze mówiliście i o co walczyliście - powiedział ktoś z widowni.
- To prawda. Na pewno wiecie, że jesteśmy słynni z naszej cierpliwości, która wynika z braku żywotnych alternatyw. Zaprzestajemy aktywnej agitacj i na rzecz Celu, ponieważ mocno wierzymy w to, że za tysiąc lat, może za dwa, albo nawet później - wszystkie rasy dojrzeją do naszego sposobu myślenia i ujrzą wszechświat takim, jakim my go widzimy. To, że musimy dodatkowo czekać jest smutne, ale ponieważ przegraliśmy walkę, musimy teraz szukać doskonałości właśnie w czekaniu.
- Jak możemy wam ufać? Ciągle jeszcze niewiele o was wiemy - podkreślił major.
Cast-creative-Seeking szeroko rozpostarł macki.
- Jesteśmy rozbrojeni. Przybądźcie i obserwujcie nas. Nasi biolodzy będą z wami współpracować. Badajcie co tylko chcecie. Nic nie będzie ukryte, niczego wam nie odmówimy. Możemy się uczyć siebie wzajemnie. Zbadajcie głębię naszych umysłów, tak, jak my próbowaliśmy zbadać wasze.
To było niebezpieczne potknięcie. Wśród zgromadzonych podniósł się niespokojny pomruk, jako, że znali oni wypadki drobiazgowej analizy i prób umysłowych manipulacji podejmowanych w czasie wojny przez Ampliturów na złapanych Ziemianach. Ale Cast-creati-ve-Seeking przemawiał z taką otwartością, że początkowe poruszenie szybko wygasło. Wyjątkiem pozostał Al-Haikim, którego przodkowie byli przedmiotami takich właśnie eksperymentów. Jednakże nic na jego twarzy nie zdradziło tego, co czuł. Jako członek Kadry, od dzieciństwa musiał ćwiczyć opanowywanie odruchowych reakcji. Levaughn badał wzrokiem swoich gości.
- A cóż mamy do stracenia? Jeśli Cast-creative-Seeking rzeczywiście mówi prawdę i jego pobratymcy chcą nam tylko pomóc w zajęciu należnego miejsca w strukturze wszechświata, gdzie tu ryzyko? Jeśli nic innego z tego nie wyniknie, to przynajmniej wiele się od nich nauczymy. Ja myślę, że to jest nasze przeznaczenie. Znacznie lepsze, niż walka i zabijanie się nawzajem. Nie proszę teraz o wotum zaufania, ani nic takiego. Wiem, że musicie bardzo dużo przemyśleć. A więc wracajcie teraz do waszych obowiązków, albo idźcie do domów i rozważcie, coście dzisiaj widzieli i słyszeli. Proszę tylko o to, byście nie rozmawiali o tym z nikim, komu bezgranicznie nie ufacie. Na Dakkarze i wszędzie indziej są siły reakcyjne, które by nie zrozumiały tego, co tu się dziś wydarzyło i które podjęłyby kroki, by temu przeciwdziałać. Stawką jest nasza przyszłość, panie i panowie, nie tylko nasza osobista, wasza i moja, ale całego naszego gatunku. Myślę, że nasza wspólna propozycja, tu wskazał na milczącego Amplitura, jest dobrą formą dla przyszłego rozwoju Ziemian. - Uśmiechnął się po ojcowsku. - Wiem, że każdemu z was mogę ufać, że będziecie dyskretni, oraz rozważni. Inaczej nie znaleźlibyście się dziś tutaj.
Cast-creative-Seeking zamachał macką, by zwrócić na siebie uwagę.
- Pozostanę tutaj przez jakiś czas jako gość generała Levaughna. Jeśli chcielibyście jeszcze coś ze mną przedyskutować, z chęcią to zrobię. Proszę, wykorzystajcie w pełni moją obecność. Nie jestem hologramem, ani projekcją. Staram się zrozumieć was, waszą kulturę i wasze potrzeby nie mniej, niż moi współbracia.
- Ksenopsycholodzy Gromady studiowali nas przez dekady i ciągle nas nie rozumieją - powiedział major.
- Powiedziałbym, że rozumiem was nie mniej, niż moi bracia. - Cast-creative-Seeking skierował na mówiącego oba oczy. W zamkniętym pomieszczeniu te wypukłe kule sprawiały wrażenie niewinnych i szczerych. - To całkowita prawda, że nikt nie rozumie was w pełni. Będę wdzięczny, jeśli zechcecie dalej mnie kształcić w tej materii.
Najwyraźniej wyczerpany koniecznością głośnego mówienia i przebywaniem w anormalnych dla niego warunkach klimatycznych, Amplitur odwrócił się do swego gospodarza i mruknął w swoim języku coś, co było poza możliwościami translatora. Al-Haikim z zainteresowaniem zauważył, że Levaughn sprawiał wrażenie, jakby rozumiał. To z pewnością nie było przedsięwzięcie, które generał zaczął pospiesznie organizować kilka tygodni, czy nawet kilka miesięcy temu.
- Ja również służę swoją osobą, gdybyście mieli jakieś pytania - poinformował ich Levaughn. - Nie wahajcie się przyjść. Przedyskutujcie to między sobą.
Zamknięte drzwi z tyłu pokoju otworzyły się i pozwoliły zebranym opuścić salę. Oficerowie podnosili się po dwóch, po trzech i kierowali do wyjścia, rozmawiając po drodze z ożywieniem. Levaughn obserwował ich, bardzo z siebie zadowolony. Czuł, że dobrze mu poszło, a Cast-creative-Seeking podzielał to zdanie.
Ilu z nich pójdzie za nim? Ilu dzieliło jego wizje? Wybrał ich starannie i potrzebował ich poparcia. Mógł poprowadzić wszystkich ku świetlanej i wspaniałej przyszłości, ale wiedział, że nie może zrobić tego sam.
Ignorując zakazy Levaughna, Al-Haikim podzielił się szczegółami spotkania ze wszystkimi członkami skromnej reprezentacji Kadry na Dakkarze. Dzięki temu wieści rozprzestrzeniły się zarówno przez osobiste kontakty, jak i transmisje podprzestrzenne i dotarły do Kadrowców na innych planetach.
Jak można było oczekiwać, ci, których przodkowie zostali operowani przez Ampliturów byli oburzeni, szczególnie, gdy się dowiedzieli, że zdaniem Al-Haikima, przesłanie Levaughna zostało dobrze przyjęte przez słuchaczy. Nastąpiła wściekła debata, jak najlepiej wyplenić zarazę, nim będzie się mogła rozprzestrzenić. Nie było to dla nich całkiem obcym zagadnieniem. Symptomy były im bardzo dobrze znane z własnej historii. Jedynie warunki były inne.
Niebezpiecznie inne. Żaden niedoszły despota Ziemi nie cieszył się pomocą Ampliturów-doradców.
Przyznając się do braku doświadczenia, Al-Haikim poprosił o pomoc. Z całych sił chciał dopomóc w realizacji każdego planu, jaki starsi członkowie Kadry uznają za odpowiedni. Sam nie mógł nic wymyślić.